Szacunek dla cudzej autonomii to ogromnie wysoka kompetencja. Ludzie dzielą się na tych, którzy potrafią szanować cudzą suwerenność i na takich, którzy całkiem nie bardzo.
Są osoby pełne taktu i takie, które będą próbowały przejechać walcem współtowarzyszy. I są takie, które nie znają zasady, że ich wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Dlatego ogromną sztuką jest być wśród tych pierwszych i nie paść ofiarą tych drugich.
Często słyszę pytania: jak stawiać ludziom granice, żeby zrozumieli? I dlaczego jest mi z tym tak trudno? Dlaczego nie potrafię tego robić?
Primo – znaj granice
Odpowiedź jest kilkupoziomowa. Po pierwsze, żeby postawić komuś granicę, trzeba wiedzieć, gdzie ona leży. Znać swoje potrzeby, oczekiwania i wiedzieć, że ona przebiega w tym miejscu, a nie w innym.
Żeby postawić komuś granicę trzeba mieć świadomość syndromu gotującej się żaby. Jeżeli ktoś nagle przekroczy moją granicę, zobaczę to.
Secundo – nie bądź żabą
Jeżeli ktoś nagminne, acz nie rażąco narusza moją strefę komfortu, jest spora szansa, że nawet się nie obejrzę, kiedy będę ugotowaną żabą. Wrzuconą do zimnej wody i ugotowaną na żabie udka zieloną ropuszką – załatwili mnie powoli, ale do skutku.
Tertio – powtarzaj się do skutku
Wobec osób, które nie bardzo szanują cudze granice należy je stawiać wielokrotnie, stanowczo, grzecznie i do skutku. Powtórki, nuda jak w polskim filmie. Owszem, ale do skutku musisz wyrażać obawy, zaprzeczać zachowaniom niewskazanym, stawiać granice w sposób jednoznaczny. Aż jednostka zrozumie, że Twoja wolność od nacisku jest święta, jak święty jest Grall. Swoją postawą warto świadczyć o tym, że te granice są. Że ja je znam i w dowolnej chwili Ci o nich przypomnę, jeżeli będzie taka potrzeba.
Po co?
Żeby nie trzeba było sięgać głęboko po sprzeciw, kiedy akurat ktoś się na mnie przejedzie. Są dziesiątki takich scen w filmach, kiedy bohater po trudnej konfrontacji, którą z sobie tylko znanych powodów, przemilczał szarpie się ze sobą, gada krzyczy podskakuje i mówi coś w stylu: następnym razem powiem mu/jej..! (i tutaj pada litania). Albo okazuje asertywność przemocą. Histerycznie śmiesznie, ale dość trafnie pokazali to tutaj:
Bo nie zareagował w porę. Bo nie potrafił się obronić. Bo ktoś miał większe mięśnie, szybszą ripostę, wrażliwość czołgu lub siłę walca. I to jest ten moment, kiedy pogwałcenie autonomii powoduje reakcję łańcuchową: „na chama półtora chama”, człowiek na fali irytacji odpala silnik własnego wściekłego, rozjechanego poczucia komfortu.
Ale osobiście myślę, że to ciężkie rozwiązanie i nie polecam. Nie wybuchaj jak mina przeciwpiechotna – spokojnie odpowiedz na próbę naruszania granic. Stanowczo i spokojnie. Wielokrotnie jeżeli musisz. Albo jednokrotnie raz i do widzenia – bo nie ma sensu kopać się z koniem, a komfort zerwania niekorzystnych relacji to także forma higieny życiowej.