Fascynujące jest to, jak często okazuje się, że osoby, w rękach których spoczywa władza, nie czują związanej z nią odpowiedzialności i nie postrzegają jej w ten sposób.

Władza rodzicielska, władza publiczna, władza służb publicznych. To odpowiedzialność za rozwój, bezpieczeństwo, godność i inne istotne elementy relacji międzyludzkiej. Władza to przede wszystkim odpowiedzialność.

Tymczasem ręka do góry, kto spotkał się z władzą jako narzędziem wykorzystywania, uścisku, a w najlepszym razie wyręczania się drugą osobą na własny rachunek?

Staropolskie przysłowie przytoczone w tytule to rzecz jasna nic dosłownego, a chodzi w nim o to, że nabycie władzy w sposób pozbawiony fundamentalnego przygotowania i dojrzałości, która jest potrzebna, żeby z szacunkiem udźwignąć wyzwanie, może prowadzić do bardzo negatywnych skutków – a ofiarami są jakby nie patrzeć ludzie. Pan, Pani – szeroko rozumiani podwładni. Podejrzewam, że tego typu doświadczenie ma za sobą niemal każdy – pracę z osobą, którą przerosła odpowiedzialność przypisana roli, lub która tej roli nadużywa.

Nadużycie może wynikać z różnych wypaczeń – z wyuczonego schematu zachowania, który się powiela, z niskiej samooceny, która powoduje, że człowiek zamiast szukać dialogu – stale się broni, co nie sprzyja super komunikacji. Z faktu, że jak mi dali władzę to teraz ja jestem panem na tej wsi/podwórku/dziale/dzielnicy i mogę sobie porządzić. Bo nie widzę władzy jako odpowiedzialności, a jedynie jako korzyści.

I ten schemat dla mnie jest najbardziej rażący i widoczny tam, gdzie awans społeczny jest nienaturalny, nagły, a władza trafia w ręce ludzi na nią niegotowych – osób, które nie są w stanie jej podołać. To zwykle idzie w parze z awansem merytorycznym.
Tylko na litość – kto powiedział, że jak jesteś specem od X, to jesteś też świetnym potencjałem na szefa?

Niejednego socjopatę w ten sposób wykreowano na lidera, a to rodzi bardzo konkretne koszty w ludziach. I w biznesie też, bo przecież rotacja to kupa gotówki zainwestowana w pracowników, wypalenie zawodowe też kosztuje pracodawcę – obniżona efektywność czy częste zwolnienia.
O kosztach psychicznych można by napisać w tym temacie epopeję. Frustracja, lęk przed pracą, praca ponad siły, żeby tylko udowodnić, że sprostam absurdalnym oczekiwaniom pryncypała, nerwica w niedzielne popołudnia, chroniczny stres prowadzący do chorób wieńcowych, udarów, zawałów, depresji, nadużywania proszków nasennych itp. Sama takich ofiar władzy w swojej karierze widziałam naprawdę sporo.

I jakie jest rozwiązanie? Jedno systemowe brzmi: rozwijanie samoświadomości w ludziach od dziecka. Drugie – rozwijanie empatii. a jak już tam jesteśmy – dbałość o swoje granice i w razie potrzeby – ewakuacja. Nie tkwienie w kategorii BMW – Bierny, Mierny, ale Wierny, w imię wygody, która zabija psychikę. Albo w imię wymówek, że gdzie indziej nie będzie tak wygodnie, łatwo albo, że tu już mnie znają.