Czytałam kiedyś książkę Jose Vargasa Illosy, „Pochwała Macochy”. Opowiadała fantastyczną historię o przedziwnej relacji pasierba z macochą, która zakończyła się eksmisją macochy z życia bohatera i jego ojca.
Pochwała innymi słowy była mocno w krzywym zwierciadle. I taki też, mam wrażenie, jest stosunek społeczny do lenistwa. Krzywy. Niby fajnie, ale zasadniczo za drzwi. Taki mamy język i taką też strukturę życia, która lenistwo naznaczyła w sposób przeważająco negatywny.
Produktywność jest ważna, wiec jeżeli akurat nie zaharowujesz się w robocie to przynajmniej umyj okna. Idź z psem na spacer, idź na spacer, idź. Poczytaj coś. No rusz się. Nie trać czasu. Cały kłopot się zaczyna kiedy jednostka już w ten wir produktywności wpadnie i wyjść z tego nie bardzo potrafi.
A tak na marginesie: jak można czasowi powiedzieć, że się go traci, kiedy się nic nie robi. Przecież czas w tym spokojnym momencie leczy, uspokaja, koi zmysły, ładuje akumulatory, wycisza, harmonizuje i wykonuje całe mnóstwo innych ważnych czynności, niezbędnych dla równowagi psychicznej.
Leżenie i myślenie o niebieskich migdałach najbardziej dopuszczalne jest w reklamach ptasiego mleczka prawdopodobnie, bo też niestety ludzie nawzajem nie mają tendencji do dawania sobie świętego spokoju – do pobycia sam na sam ze sobą.
Przypomina mi się w tym miejscu Mia Walles z Pulp Fiction, która wygłosiła znamienity tekst:
„Po tym można poznać kogoś wyjątkowego. Kiedy można zamknąć ryj i wspólnie sobie pomilczeć.”
Schorzenie cywilizacyjne – pośpiech
Lenistwo mało komu się kojarzy z sytuacją dbania o siebie. Namiętnym głosem wypowiadane „Dbaj o siebie” to hasło jednej z kosmetycznych marek. Generalne dbanie o siebie kojarzy się głownie z higieną, ale niestety nie duszy. Odpoczynek musi być aktywny. Wszystko musi być takie aktywne. Oszaleć można.
Niektórzy ludzie nie są w stanie odpoczywać do tego stopnia, że cały czas coś robią. Cały czas są w niedoczasie. Cały czas czują presję. Mają poczucie dobrze wykorzystanego czasu, ale ślizgają się po powierzchni nie mając z grubsza nic wspólnego z harmonią. Poczuciem szczęścia tu i teraz. Dobrym, spokojnym czasem. W końcu efektywność, robienie czegoś jest ważne – mniej ważne jak to się ma do moich prawdziwych potrzeb.
Do czego zmierzam. Często wykonuje się działania, które mają niewielkie znaczenie, a opcja poświęcenie czasu na trudniejsze tematy: pobycia ze sobą, dotknięcia własnych emocji czy poświęcenia zwykłego czasu na autorefleksję, postrzegana jest jako zbędna. Bo w odróżnieniu od wizyty w kinie czy trzaskania na przysłowiowym playstation, nie przynosi wymiernych, krótkoterminowych efektów. I tym oto sposobem nastawienie na efektywność przybija gwóźdź do trumny słodkiego lenistwa. A ono jest drogą do bycia ze sobą. Do odpoczynku. Do ostrzenia piły, czyli do czynności zbierania sił, o której pisał Stephen Covey.
Szczerze i z premedytacją wszystkich nadaktywnych zachęcam do Waszej osobistej pochwały lenistwa.