Mam za sobą ciekawe doświadczenie pierwszej kampanii online i powiem szczerze, takiej tragedii pomyłek dawno nie przeżyłam.
Ja wiem, że jak się robi coś po raz pierwszy to nie wszystko się musi udać, może być ciężko, ale serio – wyczerpałam limit „niespodzianek” mam nadzieję na dłuższą chwilę.
Oto jak wyglądała kampania sprzedażowa mojego pierwszego kursu online.
Zanim doszło do webinaru, podczas którego mówiłam o uczuciach, o tym, jak sobie z nimi radzić i jak z nimi pracować – w ramach promocji kursu 3xZ: Zrozum, Zaakceptuj, Zakomunikuj Swoje emocje, wysypywał mi się program do robienia webinarów.
Swoją drogą ja nie lubię tych technikaliów, ale z bólem się jednak uczę. I dobra, opanowałam to, już wiedziałam jak to zrobić i nawet z okazji webinaru mój mąż mi w scenerii kwiatek ustawił na parapecie w gabinecie, dzięki czemu mam tu teraz milej. Idźmy dalej.
Potem okazało się, że nie wysłało się ostatnie przypomnienie do uczestników, więc z 430 osób zapisanych na WEBINAR, na żywo miałam jakieś 30 z okładem. To nic, że za reklamę się płaci i trochę krew w piach inwestycja.
Dlaczego tak się stało? Bo system mailowy przekroczył liczbę użytkowników i musiałam zapłacić za usługę. Stało się tak między 8 a 18 w dniu wydarzenia. Niestety pech chciał, że ustawiłam te maile z datą wysłania na dzień webinaru wieczorem dnia poprzedniego, żeby między dziećmi, obiadem, a przygotowaniami nie musieć tego już robić.
I zonk. Nie mogłam potem jeszcze przez parę godzin wysłać maila, bo jakaś weryfikacja.
Bezsilność na każdym kroku.
Potem ktoś bliski miał pretensje o jeden z moich tekstów w ramach kampanii komunikacyjnej. I tu też miałam trochę emocji.
Ale hit miał dopiero nadejść.
W 4 dniu sprzedaży, kiedy wstawiałam banner na stronę www, okazało się, że człowiek, który mi tę stronę postawił, zestawił razem DWA SPRZECZNE SYSTEMY.
Co oznacza, że kiedy próbowałam wstawić banner na stronę główną, wysypało się absolutnie WSZYSTKO.
Produkty w sklepie. Zniknęły. Dane klientów, którzy zdążyli już coś kupić. Zniknęły. (tego miałam backup w mailach, thx God).
Strona, na której można było kupić kurs – niespodzianka! Też zniknęła. Nawet płatności skonfigurowane przez drugiego informatyka zniknęły.
Na tym etapie myślałam najpierw, że nie wytrzymam z bezsilności. Potem, że spłonę z frustracji. A potem już się tylko śmiałam.
I pomyślałam, że tragedia, to jest jak tramwaj nogi utnie. I najwyżej zrobię nową kampanię dla tego kursu. I nie ma się co denerwować.
Bo nie mam na to wpływu.
Dlaczego o tym piszę?
Bo chcę powiedzieć, że popadanie w skrajne emocje jest odruchem, który warto powstrzymać. Narzuca pewną wizję świata, negatywnego myślenia i popadania w bycie ofiarą okoliczności.
Że wybieranie Swojej reakcji na to, co nas spotyka to proces, na który możemy mieć wymierny wpływ. I warto mieć w tym wszystkim właśnie świadomość Swojej strefy wpływu – bo szarpanie się o coś, na co nie masz wpływu jest po prostu stratą czasu. Tylko że to nie jest prawda, którą łatwo przyjąć do wiadomości.
Ja nie zamierzam być ofiarą okoliczności.
Po prostu zacznę z innego końca. A czego się nauczyłam po drodze, to moje.